Wraz z nadejściem ponurych, jesiennych dni, po 5 latach przerwy na półki sklepowe trafiła wreszcie nowa płyta Evanescece, zatytułowana po prostu "Evanescence". Stanowi ona świetne dopełnienie do wszechogarniającej "jesiennej deprechy". Amy Lee i spółka zarzekali się, że ich najnowsze dzieło będzie "powrotem do brzmień z pierwszej płyty". Ciężko mi sobie wyobrazić powrót do starej stylistyki, podczas gdy ich muzyka raczej nie ewoluowała, a do tego wydali zaledwie 3 albumy. Ale mimo wszystko, starania były. Jak wywiązali się z obietnicy?
Niestety - raczej średnio. Choć nie powiem, że "Evanescence" to niewypał, ponieważ do pewnego momentu płyty słucha się całkiem przyjemnie. Wszystkie kawałki zmiksowano idealnie, każdy instrument z osobna słychać doskonale, a Amy wciąż potrafi wydobyć sporo mocy ze swojego głosu. Tyle że na każdym kawałku (może z wyjątkiem "Swimming Home") ta moc przybiera identyczną formę. Nie tylko jej głos zresztą nie jest zbyt urozmaicony. W przeciwieństwie do "Fallen", do którego "Evanescence" miała być w zamiarze porównywalna, brakuje jakiegoś charakterystycznego brzmienia, czegokolwiek, co można uznac za nowe i nie budzi w głowie myśli typu "Już gdzieś to słyszałem". Wyjątkiem jest wspomniany już wcześniej "Swimming Home", zrealizowany w sposób zupełnie spokojny i elektroniczny, który przywodzi na myśl utwory Vangelisa. I choć chwali się, że zespół spróbował czegoś innego, to uważam, że powinien zostać przy gitarach i fortepianie. A przynajmniej nie polecałabym im rezygnacji z perkusji, która mogłaby dodać temu mdłemu utworowi trochę życia.
Na szczęście nie wszystko brzmi tu tak źle, bo np. "Never go back", chyba najbardziej rozbudowany i najciekawszy kawałek na płycie, to niezle skomponowana, mocna rzecz, która sposoba się fanom cięższej strony zespołu. Mamy tu również "The Change", niezwykle smutny, można powiedzieć ckliwy, kawałek, który budzi skojarzenia z "Broken", nagranym przez Amy Lee i zespół Seether. Być może własnie dlatego tak bardzo mnie ujął. Z pewnością ma szansę zostac hitem, byleby tylko zespół to wykorzystał.
Z innych, lepszych części płyty mamy jeszcze "Sick", którego wstęp do bólu przypomina "Forty 6 & 2" zespołu Tool. Cóż, popularne powiedzenie mówi, że jeśli brać przykład, to z najlepszych. Czasami ciężko jednak balansować pomiędzy inspiracją, a zwykłą "zżynką". Na szczęście "Sick" nie brzmi jak to drugie i rozwija się trochę inaczej niż wyżej wspomniany klasyk. Jesli już mowa o Toolu, to warto zauważyć, że cała płyta ma wiele współnego z tym sympatycznym zespołem, zwłaszcza brzmienie gitar. Jeśli zatem komuś podobała się "Aenima", to "Evanescence" równiez powinna mu wpaść w ucho, oczywiście jeśli nie przeszkadzaja mu smyczki i klawisze.
Warto jeszcze wspomnieć o "Made of stone", który choć nie wyróżnia się niczym szczególnym, to mocno zapada w pamięć. Przypomina to nieco pod względem tonacji i tempa "Somewhere I belong" Linkin Park, co być może tłumaczy to, dlaczego kawałek wybija się spośród reszty. Wybija się także dopełniony już teledyskiej "What you want", który miał ukazać obecne oblicze zespołu. I oblicze to mocno zawodzi, jest mało oryginalne, nudnawe, a do tego mamy w refrenie "Hello, hello". Chyba trochę za dużo "Hello" mamy obecnie w przemyśle muzycznym i za każdym razem, gdy słyszę te słowa, nasuwa mi się myśl, że zespół albo nie ma pomysłów, albo chce na siłę zrobić hit. Albo tak jak Enej chce trafić głównie do dzieci i młodzieży.
O reszcie niewiele w zasadzie da się powiedzieć. Są to ładne, wpadające w ucho, w większości zrobione na jedno kopyto kompozycje, które po dłuższym przesłuchaniu zaczynają męczyć. "Evanescence" jest zdecydowanie za długa, spokojnie możnaby z niej wyciąć 50% utworów, bez uszczsebku na jakości. Myślę, że wręcz wyszłoby jej to na dobre. Oczywiście warto przesłuchać je wszystkie, ze względu na teksty, śpiewane przez Amy w sposób dramatyczny, a wręcz płaczliwy. Doskonale pasują one do szarości i deszczy, których już niedługo możemy się spodziewać za oknem. Opowiadają głównie o tęsknocie, samotności i związanych z tym lękach. Osoby wrażliwe, zagubione i introwertyczne mogą one wręcz doprowadzić do płaczu. Czy jest to wada czy zaleta - oceńcie sami. Ja osobiście lubię w czasie kiepskiego nastroju pognębić się jeszcze bardziej melancholijnym brzmieniem. Ale co za dużo to nie zdrowo i myślę, że nawet dla pesymisty, nie będącego fanem zespołu, ta dawka depresji może z czasem znużyć.
Podsumowując - płyta brzmi jak trochę lepszy Linkin Park, trochę gorszy Tool. Muzycy nie rozwinęli na tej płycie skrzydeł i ciągle kręcą się wokół jednej stylistyki, zatem polecam "Evanescence" przede wszystkim zagorzałym fanom klimatów z dwóch poprzednich płyt kapeli. Dla osób średnio przekonanych do ch muzyki, rekomenduję zapoznanie się z pojedynczymi utworami, które naprawdę są godne uwagi i robią osobno świetne wrażenie. Gorzej, kiedy zestawi się je z całą resztą na jednym albumie. Ostatnio bardzo popularne stało się, że wytwórnie płytowe zamiast pełnych płyt wydają tylko pojedyńcze single, by zredukować ryzyko niskiej sprzedaży. Taki zespół jak "Evanescence" mógłby śmiało zastanowić się nad taką przyszłością.
Ocena: 5/10
