poniedziałek, 21 listopada 2011

Gra słów

"O ludziach, którzy wiedzą wszystko, ale nie wierzą w nic"(Die Zeit)

Ada, główna bohaterka, to więcej niż outsiderka. Swoje odizolowanie od społeczeństwa zawdzięcza niezwykłej inteligencji, oczytaniu i dorosłemu umysłowi uwięzionego w swoim 14-letnim ciele. Nie należy jednak do dzieci grzecznych, dlatego też po wyrzuceniu ze szkoły, trafia do "Blocha",nazywanego "ostatnią nadzieją dla zbłąkanych dusz". Niemal natychmiast zyskuje tam sławę za sprawą analitycznego umysłu, zaginania nauczycieli ogromną wiedza i niechęcią do równieśników. Jakiś czas później w „Blochu”pojawia się Alev – równie bystry i wyszczekany co Ada chłopiec, z tym że obdarzony dużo większą charyzmą i pewnością siebie. Dwójka ta prawie że z miejsca brata się, a po wielu rozważaniach filozoficznych obmyślają niezwykłą i rozbudowaną psychologiczną grę, w którą wciągają najsympatyczniejszego nauczyciela w „Blochu” – Smutka, polskiego emigranta, który nigdy nie posądziłby uczniów o taką formę rozrywki.



Opowieść o nastolatkach, nie dla nastolatków – tak pokrótce można podsumować najnowszą książkę Juli Zeh. Jeśli bowiem liczycie po tym opisie na romantyczne szkolne perypetie dojrzewającej młodzieży, zostawcie ją w spokoju. Ada i Alev to absolutne zaprzeczenie swoich rówieśników, postacie groteskowe, chłodne, niezdolne do jakichkolwiek uczuć i tym samym przerażające. Wszystko traktują w sposób praktyczny i oschły, bowiem,jak mówi cytat, nie wierzą w zupełnie nic. Lubują się za to w grach słownych, co książka uwydatnia doszczętnie, gdyż sama w sobie jest jedną wielką grą metafor, porównań i teorii filozoficznych, co sugeruje ogromną inteligencję i talent autorki. Jednocześnie w tym dehumanizmie czytelnik odczuwa dziwną pustkę,samotność spowodowaną przenikliwymi opisami przyrody i psychiki głównych bohaterów, którzy nawet utratę dziewictwa traktują jak niezbędny element w grze.

„Instynkt Gry” szokuje, i zmusza do myślenia. Wykorzystuje stare, oklepane schematy i miesza je ze straszną wizją przyszłego nastolatka, tworząc dzieło zupełnie nieprzewidywalne. Zapewne nie każdemu przepadnie ta gra do gustu, lecz zdziwiłabym się mocno, gdyby ktokolwiek ocenił ją jako słabą.

10/10

niedziela, 20 listopada 2011

Gazeta przyszłości

Doprawdy, japońskie kino grozy nigdy mi chyba nie zbrzydnie, zważywszy na to, że znakomici reżyserzy, jakich masowo rodzi ten kraj, uraczają nas coraz to nowszymi produkcjami. Same ich scenariusze, choć mają ze sobą wiele wspólnego, nie dają sobie zarzucić wtórności. I tak niedawno miałam okazję obejrzeć kolejny film spod szyldu "jap. horror", pt. "Wizje" (choć tłumaczenie bywa dość różne, w zależności od lektora).
Początek standardowy - zwykła japońska rodzina pod koniec dnia wraca samochodem do domu, podśpiewując przy tym wesołą piosenkę. Jedynie ojciec, Hideki, nie przyłącza się do wspólnej zabawy, zajęty wciąż pracą na komputerze. W końcu prosi on żonę, by zawróciła do budki telefonicznej, gdyż koniecznie musi skorzystać z obecnego tam łącza. Na miejscu, po podłączeniu laptopa, Hideki zauważa pod książką telefoniczną stronę z gazety, w której napisano o tragicznej śmierci... jego córki. Reaguje jednak za późno i faktycznie, chwilę potem dziewczynka ginie od uderzenia rozpędzonego tira... Po śmierci córki Hideki rozwodzi się z żoną, wpada w kompletne załamanie psychiczne. Jego życie kompikuje się jeszcze bardziej, gdy tajemnicze strony gazety, ukazujące przyszłe tragiczne wydarzenia zaczynają pojawiać się przed nim coraz częściej, co doprowadza go do coraz większego wyniszczenia...




Motyw gazety przyszłości znamy z niejednego filmu czy też serialu (pamięta ktoś "Jutrzejsza gazetę"?), w tym przypadku jednak zostal pokazany on wyjątkowo oryginalnie. Chciaż Hideki zawsze otrzymuje owe strony odpowiednio wcześniej, praktycznie nic nie może poradzić na bieg wydarzeń ustalony z góry. Co więcej, z czasam okazuje się, że sama próba ingerencji w los może skończyć się dla niego tragicznie.
"Wizje" stanowi kolejne zaprzeczenie schematu japońskiego horroru pt. długowłosy duch małej dziewczynki mści się na kim popadnie (co dobiło mnie niedawno w przypadku "Dark Water"). W żadnym wypadku nie mamy tu do czynienia z duchami, ani jakimś konkretnym wrogiem. Istnieje tylko tajemnicza gazeta, której zagadka nie zostaje do końca rozwiązana. W sumie szkoda, bowiem przy odrobinie dobrej woli, twórcy mogli by stworzyć z tego naprawdę interesującą sprawę.
Sam sposób kręcenia filmu jest bardzo podobny do poprzedników - wszystko rozkręca się dopiero pod koniec. Otrzymujemy wtedy solidną dawkę psychozy, która może przerazić wrażliwszego widza.
Gra aktorska stoi na przyzwoitym poziomie, zwłaszcza główny bohater (grany przez Hiroshi`ego Mikami) budzi wiele emocji. Muzyki, szczerze mówiąc, nie pamiętam wcale, co świadczy jedynie o tym, ze nie przeszkadza w ogólnej całości.
Ogólnie - bardzo dobry film obdarzony świetnym klimatem, choć krył się za nim nieco większy potencjał. Mimo wszystko oceniam wysoko.

 
7/10

sobota, 19 listopada 2011

Fahrenheit

Ostatnimi czasy miałam okazję zapoznać się z kilkoma tytułami  gier, a także wykorzystać czas, by trochę w nie pograć. Nie preferuję tego typu rozrywki, głównie dlatego, iż jestem mocno zrażona do PC-towych gier z powodu płytkości co poniektórych. Na szczęście przekonałam się, iż takowa zabawa nie musi oznaczać prania mózgu, ponieważ istnieją pozycje na tyle ambitne, iż bazują na krawędzi rozrywki i sztuki. Taki np. „Fahrenheit”, który na długo zapadnie mi w pamięć.
Wyobraź sobie następującą sytuację. Znajdujesz się w toalecie w podrzędnym barze. Nie potrafisz wytłumaczyć jak się tam znalazłeś… Dlaczego trzymasz w ręku nóż… Dlaczego wycinasz sobie na rękach symbole smoka… W ogóle nie dysponujesz zbytnią świadomością. Widzisz ciemne pomieszczenie pełne świec. Jesteś przekonany, że znajdujesz się tam, masz na sobie ciemny płaszcz i za chwilę poruszysz narzędziem w celach rytualnych… Tyle że gdy odzyskujesz przytomność  okazuje się, że właśnie zamordowałeś niewinnego człowieka. Nie wiesz co robić, panikujesz, zaczynasz uciekać. Wtedy zatrzymuje cię policjant rozmawiający z kelnerką, który po sprawdzeniu co wydarzyło się w toalecie, zakłada ci kajdanki…
I w ten sposób może zakończyć się historia Lucasa Kane`a, głównego bohatera całej opowieści. Jeśli jedna wczytasz grę w odpowiednim miejscu, możesz umyć ręce, ukryć zwłoki zamordowanego,  schować narzędzie zbrodni, zapłacić rachunek, wyjść z baru niezauważony i złapać taksówkę, która zawiezie cie do domu. Nim policjant zajrzy do WC, zdążysz się ulotnić. Oczywiście jeśli się pospieszysz. Możesz także poprowadzić to zupełnie inaczej. Zabrać nóż ze sobą, bądź schować w śmietniku, zapomnieć zapłacić rachunku, skazując się na uwagę obsługi… Wszystko zależy od ciebie. Każda decyzja będzie miała później wpływ na kolejny bieg wydarzeń.
Niedługo po tym „morderstwie” wrócisz do baru, tym razem jednak jako para detektywów, przydzielona do tej sprawy… Tak właśnie. W grze musisz sterować aż czterema postaciami – Lucasem, detektyw Carlą, detektywem Tylerem, oraz Markusem – bratem Lucasa, z powołania księdzem.  Często aby akcja ruszyła do przodu, konieczna będzie zmiana postaci – np. część osób z chęcią porozmawia z piękną panią detektyw, zaś prychnie niechętnie na widok „czarnucha” (Tylera). 

Ogólnie rzecz biorąc „Fahrenheit” przypomina bardziej interaktywny film niźli jakąkolwiek grę.  Gracz decyduje o niemalże każdym ruchu swojej postaci (nawet o takich drobnostkach jak włączenie lampki, położenie się do łóżka czy zamknięcie okna). Nie oznacza to jednak, ze mamy do czynienia z Simsami, bowiem każdy krok danej postaci decyduje o kolejnych wydarzeniach, jak postępy w śledztwie, czy odkrycie zagadki tajemniczego opętania. Zręczność i refleks, niezbędne w tej grze, będą mieć wpływ także na wspomnienia i siłę woli bohaterów.
Jeśli już przy tym jesteśmy, przyjrzyjmy się statystykom. Jedynym czynnikiem, który ma wpływ na skuteczność naszych postaci jest stan psychiczny. Balansujemy pomiędzy równowagą, a przemęczeniem, które doprowadzi do końca gry. Stabilność może zapewnić nam powodzenie w śledztwie, zdobycie nowych informacji, czy zwykłe czynności jak napicie się wody lub poodbijanie piłki do kosza. Z równowagi zaś może nas wytrącić zmęczenie, złe wiadomości, czy nieciekawe wspomnienia.
Przed rozpoczęciem gry koniecznie należy skorzystać z samouczka, bowiem sterowanie grą nie należy do łatwych. Praktycznie w żadnej z gier nie spotkałam się z takim sposobem kierowania. Choć trzeba się do niego mocno przyzwyczaić, z czasem okazuje się on zadziwiająco logiczny i skuteczny. Niech was nie zdziwi częsta konieczność ponownego ładowania gry. Postacie również posiadają „życia”, a zatem można i zdobyć dodatkowe, dokładnie przeszukując pomieszczenia i szafki.
Sama historia gry bardzo przypadła mi do gustu. Bardzo udane połączenie kryminału z porywającym thrillerem dużo zyskuje, gdy musimy wziąć w nim udział, ba! Sami go napisać. Dodatkową ogromną zaletą gry jest podkład muzyczny. Gdy tylko ujrzałam nazwisko Angelo Badalametti, wiedziałam, ze szykuje się miła dla uszu niespodzianka. Jednak nie spodziewałam się czegoś tak udanego. Z czystym sumieniem stwierdzam, iż jest to najlepszy soundtrack w grze z jakim miałam okazję się styknąć.  Nie tylko podkreśla klimat gry, ale i bardzo zapada w pamięć. Nie widzę innego wyjścia jak czym prędzej zdobyć ową ścieżkę dźwiękową.
Podsumowując – gra jak najbardziej godna polecenia. Posiada ona swoją specyfikę i chwilami może drażnić nadmierną koniecznością ingerencji w czynności bohaterów, to trzeba przyznać, iż wciąga niemiłosiernie. Bardzo polecam granie z osobą towarzyszącą. Samo bycie oglądaczem owego „filmu” sprawia wiele frajdy. Zaś gracze powinni uzbroić się w dużo szybkości i sprawności. To nie jest prosta zręcznościówka.
8/10

piątek, 18 listopada 2011

Zazdrość, strach i rządza zwycięstwa

Boks – nazywany inaczej szlachetnym sportem, którego popularność chyba nigdy nie spadnie. A także sport, który nigdy nie był wstanie mnie zainteresować, ze względu na bezsensowne katowanie własnego ciała, jakiemu poddają się zawodnicy (przynajmniej ja tak to postrzegam). Kto wie, może gdybym wcześniej dowiedziała się czegoś na temat przewodniego tematu „Tokyo Fist” i nie znała nazwiska jego reżysera, pewnie nawet bym po niego nie sięgnęłam. Jednakże zdecydowałam się na ten krok. I nie żałuję.

Fabuła „Tokyo Fist” kręci się wokół trzech postaci – wiecznie zajętego agenta ubezpieczeniowego Tsudy, jego żony Hizuru, oraz Kojimy, przyjaciela z dzieciństwa Tsudy, boksera wysokiej klasy. Zjawia się on w życiu małżeństwa zupełnie nagle, pomimo iż agent nie przejawia chęci na wznowienie znajomości. Sam Kojima również wyraźnie nie interesuje się zbytnio swoim starym kumplem,bardziej skupiając się na jego żonie. W końcu za jego sprawą między Tsudą i Hizuru dochodzi do ostrego spięcia, przez co kobieta wyprowadza się do mieszkającego niedaleko Kojimy. Tsuda za wszelką cenę stara się odzyskać żonę, lecz swoim zachowaniem jedynie coraz bardziej ją odpycha. Dręczony nienawiścią do samego siebie, a także „złodzieja” Hizuru, postanawia stać się silniejszym od rywala i także rozpocząć trening boksu. Wtedy to z całą trójką bohaterów zaczynają dziać się rzeczy niepokojące, mogące przynieść straszliwe i nieodwracalne skutki.

Zarys fabuły prezentuje się banalnie i zapewne film również tak by wyglądał. Jednak wystarczy spojrzeć na nazwisko reżysera, by nabrać w to wątpliwości. Shinya Tsukamoto, człowiek odpowiedzialny za popełnienie takich filmów jak „Tetsuo: The Iron Man” czy „Akumu Tantei (Detektyw Nocnych Koszmarów)” swoim niezwykłym sposobem kręcenia i tendencji do odzwierciedlania demonów, jakie siedzą skryte w ludzkiej duszy, stworzył z tej opowieści prawdziwe arcydzieło. Film jest szybki, a każda pojedyncza jego sekunda budzi w człowieku emocje. Boks staje się tu jedynie pretekstem do ukazania drzemiącej w człowieku psychozy, agresji, w którą popada za sprawą tęsknoty, zazdrości,strachu i żądzy zwycięstwa. Do tego agresji w różnych formach. Bo przecież nie tylko na osobie trzeciej można wyładować gniew, ale także i na samym sobie…
Gra aktorska całej obsady zasługuje tu na wielkie brawa. Dla ciekawostki dodam, iż sam Shiya Tsukamoto gra w „Tokyo Fist” jedną w głównych ról.
Brutalny i krwisty, lecz piękny i przerażający. Wstrzymam się jednak z oceną 10/10, gdyż na taką trzeba sobie zasłużyć.

8,5/10

czwartek, 17 listopada 2011

Niema opowieść imigranta

Komiks już dawno przestał być uznawany za zwykłą historyjkę rysunkową dla dzieci cierpiących na głód przemocy. Obecnie to nie tylko X-Meni, „Lobo” (nie żebym coś miała do tej serii. Ów ostatni Czarnianin to jakby nie patrzeć jeden z moich ideałów mężczyzny), „Kaczor Donald” czy „Tytus, Romek i A`Tomek”. To także„Kaznodzieja”, który zrewolucjonizował scenę komiksu, czyniąc z niej kategorię sztuki, „Sandman”, który został uhonorowany wieloma nagrodami literackimi (chociażby za historię wyjaśniającą powstanie „Snu Nocy Letniej” Shakespeare`a) oraz Alan Moore, autor kultowych scenariuszy komiksowych opartych na angielskiej literaturze pięknej.

Jednak „komiks” to także grafika, i to ona głównie przyciąga uwagę czytelnika. Mało kiedy zdarza się jednak, aby za tworzenie komiksu brali się zawodowi ilustratorzy. Co może wyjść z takiego połączenia? Doskonałym przykładem tego jest niedawno wydany u nas „Przybysz” Shauna Tana.

„Przybysz” to ilustrowana, niema opowieść imigranta.Wyjeżdża on ze złego miasta, zostawiając na jakiś czas żonę i córkę, aby odnaleźć miejsce, gdzie ich życie mogłoby odmienić się na lepsze. Wraz z tłumem innych uciekinierów dociera on do totalnie surrealistycznego, bajkowego wręcz państwa. Imigrant nie zna ani tamtejszego języka, ani obyczajów, nie wie, że głównym środkiem transportu są tam balony i latające łódki, a zwierzęta w niczym nie przypominają tych dobrze nam znanych. Mimo wszystko jednak imigrant powoli zaczyna radzić sobie w nowym otoczeniu. Zdobywa pracę, poznaje podobnych sobie uciekinierów, którzy opowiadają mu swoje historie. Imigrant po jakimś czasie zaczyna dostrzegać, ze nie wszystko co nowe jest złe, a owo surrealistyczne państwo to prawdziwy raj na ziemi.




Shaun Tan to stosunkowo młody twórca z małym dorobkiem. Dotychczas wydał 7 historii ilustrowanych, a każde przełożył dodatkowo na przedstawienia teatralne. Zdecydowana większość jego dzieł została nagrodzona najbardziej prestiżowymi nagrodami. Nad samym „Przybyszem” pracował 4 lata. I to naprawdę widać. Pomijając już wydanie, które prezentuje się ślicznie, to ta 128 stronicowa opowieść to prawdziwy majstersztyk graficzny. Artysta posługiwał się wyłącznie ołówkiem, dlatego całość składa się z czerwi i bieli na kolorowym papierze. Umiejętności w realistycznym rysowaniu rzeczy kompletnie nierealistycznych, ludzkich twarzy, przyrody, nieba, emocji, budynków, mebli, nawet origami… zachwyca. Nie potrafię sobie wyobrazić ile Shaun musiał siedzieć nad każdym z malutkich kadrów, a co dopiero nad dwustronicowymi planszami. Każdy obrazek w „Przybyszu” to prawdziwa uczta dla oka. Każdy obrazek w „Przybyszu” budzi przemyślenia i rozbudza wyobraźnię.

Sama historia „Przybysza” jest niezwykle ciepła, pełna nadziei i niespodzianek graficznych. Surrealistyczne państwo teoretycznie funkcjonuje tak samo jak każde inne, lecz w naszym świecie nigdy nie spotkalibyśmy takich budynków, pojazdów, czy zwierzaczków (ach ten piesek głównego bohatera). Opowieść ta zawiera w sobie mnóstwo niewinności i prostoty, jednocześnie wpleciono w nią ludzkie nieszczęścia i strach. Całość, jak już wspomniałam, jest niema, tj. nie uraczymy w niej żadnych dymków z napisami. Po przeczytaniu całości uznałam, ze taki zabieg wyszedł komiksowi na dobre. W końcu nasz imigrant i tak nie zna języka w nowym państwie. Czy nie jest tak, że każdy przyjeżdżający do innego kraju bez znajomości języka, nie czuje się niemową?

Piękna historia, piękne wykonanie, piękna oprawa. Jedyne co może odstraszać to dość wysoka cena. Lecz uważam, ze „Przybysz” wart jest tych 80zł. I jeśli tylko wydane zostanie u nas inne dzieło Shauna Tana, kupię w ciemno.

10/10

środa, 16 listopada 2011

Hellraiser I-VIII

Na całym świecie produkcja okrzyknięta horrorem kultowym, zaś sztandarowa postać owego filmu – Pinhead – znany jest równie dobrze jak Freddy Krueger. O dziwo w Polsce spotykam się w większości z osobami, które nigdy nie miały z nim styczności. A mają czego żałować. Bowiem szum wokół zjawiska pt. „Hellraiser” nie wziął się znikąd i jak najbardziej zasługuje on na uwagę, zwłaszcza wśród fanów gatunku.

Sprawcą całego zamieszania jest Clive Barker, pisarz, który słynie głównie właśnie z książki, na podstawie której nakręcono 8 historii,rozgrywającej się wokół jednego motywu. Bowiem tym, czym najbardziej szczyci się „Hellraiser” to niezwykła wizja piekła, którym rządzą Cenobici –nadnaturalne stwory, być może demony, które lubują się w sadyzmie i poszukiwaniu spełnienia ukrytego w cierpieniu fizycznym i psychicznym. Doznać owej„przyjemności” mogą ludzie, w ręce których wpadnie tajemnicza kostka. Złota, o skomplikowanych wzorach, przypomina nieco kostkę rubika, lecz znacznie trudniej ją ułożyć. Gdy jednak do tego dojdzie, kostka otworzy się, a człowiek momentalnie dostanie się do piekła. Tam jednak czekać na niego będą Cenobici, którzy albo z miejsca rozerwą jego ciało na strzępy, bądź powoli wyniszczą jego psychikę.

Tak pokrótce prezentuje się główna linia „Hellraisera”. Jak widać historię tą można naginać wedle własnej wyobraźni na wiele różnych sposobów, bowiem spotkanie z Cenobitami dla każdego wyglądałoby zupełnie inaczej. Reżyserzy filmowi zatem niezwykle chętnie wymyślają co raz to nowsze opowieści na temat tajemniczej kostki.

Jako ciekawostkę mogę dodać, że utwory do pierwszych części "Hellraisera" nagrał zespół Motorhead.



I „Wysłannik Piekieł”, reż. Clive Barker, sc. Clive barker, 1987

Pierwszą część “Hellraisera” nakręcił sam jego twórca.Możliwe, iż dlatego klimat opowieści jest w nim doskonale oddany. Film opowiada o rodzinnie Cottonów, która przeprowadza się do nowego domu. Nie spodziewają się oni, że oprócz nich znajduje się tam ktoś jeszcze – zaginiony przed kilkoma laty wuj Frank. Niewiele jednak z niego pozostało, dlatego tez za wszelką cenęchce odzyskać to, co utracił przez otworzenie kostki.

Jak najbardziej polecam zapoznanie się z „Hellraiserem” od tej części.

9/10



II„Hellbound”, reż. Tony Randel, sc. Clive Barker, 1988

Druga część to już prawdziwa klasyka światowego kina. Tym razem główna bohaterka pierwszej części, Kirsty Cotton, po traumatycznych przeżyciach trafia do szpitala psychiatrycznego. Oczywiście nikt nie chce wierzyć w istnienie Cenobitów i piekielnej kostki, o której bez przerwy opowiada. Jednakże jeden z młodszych psychiatrów odkrywa, iż starszy od niego kolega z pracy ma obsesję na punkcie owego piekielnego świata i za wszelką cenę chce się do niego dostać.

Jakby nie patrzeć w przypadku „Hellraisera” druga część została nakręcona jeszcze lepiej niż pierwsza. Moim zdaniem – absolutny rarytas.

10/10



III „Piekło na Ziemii”, reż. Anthony Hickox, sc. Clive Barker, Peter Atkins, 1992

Tym razem główną bohaterką opowieści jest dziennikarka Joey,która szuka ciekawego materiału na artykuł. Pewnego dnia staje się świadkiem makabrycznej śmierci pewnego chłopca w szpitalu. Joey postanawia wszcząć dochodzenie i wpada na trop dość osobliwego klubu oraz jego właściciela, który jakiś czas temu nabył niezwykłą rzeźbę. Niedługo już okaże się, że stanie się ona bramą dla Cenobitów, którzy przestaną być ograniczeni piekłem.

Może i nie nakręcono tej części najgorzej, a kilka pomysłów z niej (np. nowych Cenobitów) stoi na naprawdę wysokim poziomie, lecz jak dla mnie wydawała się dość negatywnie śmieszna i naiwna. Dla mało wymagających.

6/10


IV „Dziedzictwo Krwii”, reż. Kevin Yagher, sc. Peter Atkins.

Film ten rozpoczyna się w… kosmosie. Odległa przyszłość,stacja kosmiczna, na której ludzie próbują powstrzymać nadchodzące zło,polujące na nich i mające na celu ich zagładę – Cenobitów. Jednym z ludzi walczących o życie jest potomek stwórcy piekielnej kostki, który opowiada pozostałym historię jej powstania oraz jej autora – niepozornego twórcy zabawek.

Mamy tu do czynienia z zestawieniem z zupełnie różnymi poziomami – o ile pokazanie historii kostki Cenobitów zostało przeprowadzone naprawdę nieźle, to pierwsze i ostatnie 20 minut filmu to kompletna porażka.Cenobici zostali przedstawieni niemalże niczym kosmici. Coś strasznego…

4/10



V „Wrota Piekieł” reż. Scott Derrickson, sc. Clive Barker, Paul Harris Boardman. 2000

Joe jest zwykłym detektywem. Nie przemęcza się, ma kontakty z prostytutkami, a i jego uczciwość jako policjanta jest znikoma. Pewnego dnia zostaje wezwany na miejsce okrutnej zbrodni. Znalezione zostało zmasakrowane ciało Chińczyka, jak się okazuje przyjaciela Joe ze szkoły. Na miejscu przestępstwa Joe znajduje tajemniczą kostkę oraz odcięty palec dziecka.Detektyw przywłaszcza sobie sześcian.

Bardzo dobra część „Hellraisera”, która prezentuje wiele aspektów historii w innym, niezwykłym świetle. Rzeczywistości ciekawie przeplatają się ze sobą, zaś zakończenie jest po prostu niesamowite.

9/10



VI „Droga do Piekła” reż. Rick Bota, sc. Clive Barker, Carl Dupre, 2002

Ponownie mamy do czynienia z Kristy Cotton, tym razem już związaną z mężczyzną o imieniu Trevor. Pewnego dnia dochodzi do tragicznego wypadku, w którym kobieta ginie. Trevor jedna wychodzi cało z opresji.Psychicznie jednak dzieje się z nim coraz gorzej, gdyż coraz częściej napadają go koszmarne wizje.

Pomysł, mogłoby się wydawać ciekawy, niestety twórcy zrobili z tego kompletna papkę nijakości i nudy. Sam Pinhead pojawia się w filmie przez jakieś 5 minut, a cała historia mogłaby się spokojnie obyć bez obecności Cenobitów. Może gdyby pojawili się na dłużej, historia nabrałaby nieco kolorów.Zmarnowany potencjał.

3/10



VII „Sekta” reż. Rick Bota, sc. Clive Barker, Neal Stevens, 2005

Scenariusz przypomina nieco ten znany z cz. 3. Ponownie mamy do czynienia z dziennikarką (Amy Klein) zajmującą bardzo tajemnicza sprawą. Tym razem jest to kaseta, na której nieznana sekta zabija młodą dziewczynę, lecz ta za sprawą lidera grupy ożywa na nowo. Zaintrygowana dziennikarka rozpoczyna dochodzenie. Z biegiem czasu wokół niej zaczynają się dziać coraz dziwniejsze rzeczy, a także coraz głębiej wpada ona w sidła poszukiwanej sekty, która nieustannie z nią pogrywa.

Jednak w przeciwieństwie do cz. 3, „Sekta” podobała mi się bardzo. Początek nie zwiastuje nic zachęcającego, lecz po jakimś czasie film rozkręca się niesamowicie. Niektóre sceny oraz pomysły twórców sprawiły iż szczęka opadła mi do ziemi. Kolejnym plusem jest zakończenie.

8,5/10



VIII „Hellworld.com”reż. Rick Bota, sc. Clive Barker, Joel Soisson, 2005

Ostatnia jak na razie część opowiada o piątce przyjaciół, hakerów i wielkich fanów gry „Hellworld”, która w rzeczywistości jest swoistą bronią Cenobitów. Właściwie nieświadomie poprzez stronę www.hellworld.com otwierają oni piekielną kostkę, a tym samym wzywają oni na Ziemie wysłanników piekieł. Zostają oni zaproszeni do dziwnej posiadłości, aby stoczyć grę na żywo, nie wiedząc co ich naprawdę czeka.

Już sam pomysł z umieszczeniem Cenobitów w sieci odrzucił mnie od tego filmu. Chyba nie da się bardziej skomercjalizować tak genialnych postaci, w tym i Pinheada. Efekty specjalne odtrącają, fabuła zwyczajnie głupia. Naciąganie na forsę fanów „Hellraisera”.

2/10

sobota, 22 października 2011

Evanescence - "Evanescence"

Wraz z nadejściem ponurych, jesiennych dni, po 5 latach przerwy na półki sklepowe trafiła wreszcie nowa płyta Evanescece, zatytułowana po prostu "Evanescence". Stanowi ona świetne dopełnienie do wszechogarniającej "jesiennej deprechy". Amy Lee i spółka zarzekali się, że ich najnowsze dzieło będzie "powrotem do brzmień z pierwszej płyty". Ciężko mi sobie wyobrazić powrót do starej stylistyki, podczas gdy ich muzyka raczej nie ewoluowała, a do tego wydali zaledwie 3 albumy. Ale mimo wszystko, starania były. Jak wywiązali się z obietnicy?



Niestety - raczej średnio. Choć nie powiem, że "Evanescence" to niewypał, ponieważ do pewnego momentu płyty słucha się całkiem przyjemnie. Wszystkie kawałki zmiksowano idealnie, każdy instrument z osobna słychać doskonale, a Amy wciąż potrafi wydobyć sporo mocy ze swojego głosu. Tyle że na każdym kawałku (może z wyjątkiem "Swimming Home") ta moc przybiera identyczną formę. Nie tylko jej głos zresztą nie jest zbyt urozmaicony. W przeciwieństwie do "Fallen", do którego "Evanescence" miała być w zamiarze porównywalna, brakuje jakiegoś charakterystycznego brzmienia, czegokolwiek, co można uznac za nowe i nie budzi w głowie myśli typu "Już gdzieś to słyszałem". Wyjątkiem jest wspomniany już wcześniej "Swimming Home", zrealizowany w sposób zupełnie spokojny i elektroniczny, który przywodzi na myśl utwory Vangelisa. I choć chwali się, że zespół spróbował czegoś innego, to uważam, że powinien zostać przy gitarach i fortepianie. A przynajmniej nie polecałabym im rezygnacji z perkusji, która mogłaby dodać temu mdłemu utworowi trochę życia.
Na szczęście nie wszystko brzmi tu tak źle, bo np. "Never go back", chyba najbardziej rozbudowany i najciekawszy kawałek na płycie, to niezle skomponowana, mocna rzecz, która sposoba się fanom cięższej strony zespołu. Mamy tu również "The Change", niezwykle smutny, można powiedzieć ckliwy, kawałek, który budzi skojarzenia z "Broken", nagranym przez Amy Lee i zespół Seether. Być może własnie dlatego tak bardzo mnie ujął. Z pewnością ma szansę zostac hitem, byleby tylko zespół to wykorzystał.
Z innych, lepszych części płyty mamy jeszcze "Sick", którego wstęp do bólu przypomina "Forty 6 & 2" zespołu Tool. Cóż, popularne powiedzenie mówi, że jeśli brać przykład, to z najlepszych. Czasami ciężko jednak balansować pomiędzy inspiracją, a zwykłą "zżynką". Na szczęście "Sick" nie brzmi jak to drugie i rozwija się trochę inaczej niż wyżej wspomniany klasyk. Jesli już mowa o Toolu, to warto zauważyć, że cała płyta ma wiele współnego z tym sympatycznym zespołem, zwłaszcza brzmienie gitar. Jeśli zatem komuś podobała się "Aenima", to "Evanescence" równiez powinna mu wpaść w ucho, oczywiście jeśli nie przeszkadzaja mu smyczki i klawisze.
Warto jeszcze wspomnieć o "Made of stone", który choć nie wyróżnia się niczym szczególnym, to mocno zapada w pamięć. Przypomina to nieco pod względem tonacji i tempa "Somewhere I belong" Linkin Park, co być może tłumaczy to, dlaczego kawałek wybija się spośród reszty. Wybija się także dopełniony już teledyskiej "What you want", który miał ukazać obecne oblicze zespołu. I oblicze to mocno zawodzi, jest mało oryginalne, nudnawe, a do tego mamy w refrenie "Hello, hello". Chyba trochę za dużo "Hello" mamy obecnie w przemyśle muzycznym i za każdym razem, gdy słyszę te słowa, nasuwa mi się myśl, że zespół albo nie ma pomysłów, albo chce na siłę zrobić hit. Albo tak jak Enej chce trafić głównie do dzieci i młodzieży.

O reszcie niewiele w zasadzie da się powiedzieć. Są to ładne, wpadające w ucho, w większości zrobione na jedno kopyto kompozycje, które po dłuższym przesłuchaniu zaczynają męczyć. "Evanescence" jest zdecydowanie za długa, spokojnie możnaby z niej wyciąć 50% utworów, bez uszczsebku na jakości. Myślę, że wręcz wyszłoby jej to na dobre. Oczywiście warto przesłuchać je wszystkie, ze względu na teksty, śpiewane przez Amy w sposób dramatyczny, a wręcz płaczliwy. Doskonale pasują one do szarości i deszczy, których już niedługo możemy się spodziewać za oknem. Opowiadają głównie o tęsknocie, samotności i związanych z tym lękach. Osoby wrażliwe, zagubione i introwertyczne mogą one wręcz doprowadzić do płaczu. Czy jest to wada czy zaleta - oceńcie sami. Ja osobiście lubię w czasie kiepskiego nastroju pognębić się jeszcze bardziej melancholijnym brzmieniem. Ale co za dużo to nie zdrowo i myślę, że nawet dla pesymisty, nie będącego fanem zespołu, ta dawka depresji może z czasem znużyć.
Podsumowując - płyta brzmi jak trochę lepszy Linkin Park, trochę gorszy Tool. Muzycy nie rozwinęli na tej płycie skrzydeł i ciągle kręcą się wokół jednej stylistyki, zatem polecam "Evanescence" przede wszystkim zagorzałym fanom klimatów z dwóch poprzednich płyt kapeli. Dla osób średnio przekonanych do ch muzyki, rekomenduję zapoznanie się z pojedynczymi utworami, które naprawdę są godne uwagi i robią osobno świetne wrażenie. Gorzej, kiedy zestawi się je z całą resztą na jednym albumie. Ostatnio bardzo popularne stało się, że wytwórnie płytowe zamiast pełnych płyt wydają tylko pojedyńcze single, by zredukować ryzyko niskiej sprzedaży. Taki zespół jak "Evanescence" mógłby śmiało zastanowić się nad taką przyszłością.

Ocena: 5/10