Boks – nazywany inaczej szlachetnym sportem, którego popularność chyba nigdy nie spadnie. A także sport, który nigdy nie był wstanie mnie zainteresować, ze względu na bezsensowne katowanie własnego ciała, jakiemu poddają się zawodnicy (przynajmniej ja tak to postrzegam). Kto wie, może gdybym wcześniej dowiedziała się czegoś na temat przewodniego tematu „Tokyo Fist” i nie znała nazwiska jego reżysera, pewnie nawet bym po niego nie sięgnęłam. Jednakże zdecydowałam się na ten krok. I nie żałuję.
Fabuła „Tokyo Fist” kręci się wokół trzech postaci – wiecznie zajętego agenta ubezpieczeniowego Tsudy, jego żony Hizuru, oraz Kojimy, przyjaciela z dzieciństwa Tsudy, boksera wysokiej klasy. Zjawia się on w życiu małżeństwa zupełnie nagle, pomimo iż agent nie przejawia chęci na wznowienie znajomości. Sam Kojima również wyraźnie nie interesuje się zbytnio swoim starym kumplem,bardziej skupiając się na jego żonie. W końcu za jego sprawą między Tsudą i Hizuru dochodzi do ostrego spięcia, przez co kobieta wyprowadza się do mieszkającego niedaleko Kojimy. Tsuda za wszelką cenę stara się odzyskać żonę, lecz swoim zachowaniem jedynie coraz bardziej ją odpycha. Dręczony nienawiścią do samego siebie, a także „złodzieja” Hizuru, postanawia stać się silniejszym od rywala i także rozpocząć trening boksu. Wtedy to z całą trójką bohaterów zaczynają dziać się rzeczy niepokojące, mogące przynieść straszliwe i nieodwracalne skutki.
Zarys fabuły prezentuje się banalnie i zapewne film również tak by wyglądał. Jednak wystarczy spojrzeć na nazwisko reżysera, by nabrać w to wątpliwości. Shinya Tsukamoto, człowiek odpowiedzialny za popełnienie takich filmów jak „Tetsuo: The Iron Man” czy „Akumu Tantei (Detektyw Nocnych Koszmarów)” swoim niezwykłym sposobem kręcenia i tendencji do odzwierciedlania demonów, jakie siedzą skryte w ludzkiej duszy, stworzył z tej opowieści prawdziwe arcydzieło. Film jest szybki, a każda pojedyncza jego sekunda budzi w człowieku emocje. Boks staje się tu jedynie pretekstem do ukazania drzemiącej w człowieku psychozy, agresji, w którą popada za sprawą tęsknoty, zazdrości,strachu i żądzy zwycięstwa. Do tego agresji w różnych formach. Bo przecież nie tylko na osobie trzeciej można wyładować gniew, ale także i na samym sobie…
Gra aktorska całej obsady zasługuje tu na wielkie brawa. Dla ciekawostki dodam, iż sam Shiya Tsukamoto gra w „Tokyo Fist” jedną w głównych ról.
Brutalny i krwisty, lecz piękny i przerażający. Wstrzymam się jednak z oceną 10/10, gdyż na taką trzeba sobie zasłużyć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz